My na Facebooku ;)

czwartek, 22 grudnia 2016

Święta bez dziecka czy z nową żoną byłego męża?

Witajcie, Drogie Samotne Mamy! Mam na imię Monika* i jestem mamą pięcioletniego Jasia. Wychowuję synka samotnie, ponieważ z byłym mężem jesteśmy po rozwodzie. On ułożył sobie życie, ma drugą żonę, z którą najwyraźniej jest szczęśliwy. Na chwilę obecną spodziewają się dziecka, a więc Jaś będzie miał przyrodnie rodzeństwo. Nie mogę mieć o nic pretensji do Marka (mojego byłego męża) - to, że nam nie wyszło, nie zmienia faktu, że jest dobrym ojcem. Kocha Jasia i dba o niego, trzeba mu to sprawiedliwie przyznać. Na co dzień syn jest przy mnie, natomiast były mąż widuje się z nim raz w tygodniu, ponadto zabiera go co drugi weekend. Brakuje mi wtedy synka i myślę o nim, ale wiem, że u ojca ma dobrą opiekę, a ja mam w tym czasie możliwość pozałatwiania różnych spraw, na które na co dzień brakuje czasu przy dziecku. Nadchodzące święta będą naszymi drugimi po rozwodzie. A problem, którym chciałabym się z Wami podzielić jest dokładnie taki jak w tytule. Poprzednio Jaś spędzał Wigilię i pierwszy dzień świąt ze mną i moimi rodzicami, a były mąż zabierał go na drugi dzień. W tym roku jednak Marek uparł się, że chciałby, aby syn był na Wigilii u nich w domu. Oczywiście, zostałam tam również “kurtuazyjnie” zaproszona.

Nie mogę odmówić mężowi. Jak mówię: jest dobrym ojcem. Nie mogę odebrać mu prawa spędzenia Wigilii z synem, tym bardziej, że przecież Jaś był ze mną w zeszłym roku. Mam więc wybór: albo pójdę z synem do byłego męża i jego żony, albo zostawię synka mężowi, a sama spędzę święta z moimi rodzicami, ale bez Jasia. A ciężko mi sobie taki scenariusz wyobrazić. Rzecz w tym, że nie mam najmniejszej ochoty spędzać Wigilii w towarzystwie drugiej żony Marka - kobiety, dla której de facto on mnie zostawił, a która wyraźnie za mną nie przepada. Oczywiście, kiedy odprowadzam Jasia albo przychodzę po niego, to siłą rzeczy się widujemy i jakoś tam tolerujemy, ale to raczej ze względu na Marka i dobro dziecka. Cała wymiana zdań sprowadza się do chłodnej uprzejmości. Ona jest wyniosła i nie toleruje mnie, traktuje jak problem, uważa, że celowo działam w taki sposób, aby odciągać byłego męża od niej, zajmować jego czas. To oczywiście nieprawda, nie mam żadnych innych kontaktów z Markiem ponad te, które dotyczą kwestii wychowawczych. Ale nie przetłumaczę tego osobie zaborczej i zazdrosnej, która na dodatek jest w ciąży i manifestuje swoje złości i humory, rozstawiając wszystkich po kątach. Marek w zupełności jest u niej pod pantoflem, no ale to już nie moja rzecz. Bez zbędnego wnikania w szczegóły - po prostu się nie lubimy. Druga żona Marka raczej nie przepada też za moim dzieckiem. Oczywiście nie okazuje niechęci, ale jest po prostu obojętna. O synka dba mąż, a ona ma wtedy czas dla siebie. Oczywiście zastanawiam się, jak zmieni się sytuacja, kiedy na świat przyjdzie ich własne dziecko. Chciałabym, żeby Jaś miał normalny kontakt z przyrodnim bratem czy siostrą. Ale boję się, że ona będzie go izolować od swojego dziecka. A ja nie chcę, żeby mój syn miał poczucie bycia “doklejonym” do czyjejś rodziny. Dziecko nie jest w końcu winne temu, że żyjemy w takim chorym układzie.

Zastanawiam się, jak będą wyglądać święta, na które mój były mąż (i jego żona) zapraszają mojego synka. Obawiam się, że Marek będzie się bardziej troszczył o żonę w zaawansowanej ciąży, a Jaś będzie pozostawiony samemu sobie. Oczywiście boli mnie fakt, że obca kobieta ma spędzić święta z moim synem, a nie ja. Ale za nic w świecie nie wyobrażam sobie świąt z nimi w czwórkę. Myślę, że mimo zapewnień męża (że jestem mile widziana), byłaby to niekomfortowa sytuacja dla nas wszystkich. A może powinnam się przemóc i dla dobra synka wziąć udział w tym “rodzinnym” świętowaniu? Przynajmniej miałabym synka cały czas pod opieką. Mam jednak wrażenie, że gdybym tam poszła z Jasiem, to finalnie każdy zająłby się sobą: tzn. ja synkiem, a oni sobą nawzajem. A nie taka jest przecież idea świąt.

Pytanie, gdzie w tym wszystkim jest dziecko? Synek ma 5 lat i jest bardzo bystry, doskonale pojmuje już pewne sprawy. Rozumie, że tata ma inną rodzinę, ale kocha go mimo to. Mam wrażenie, że moje dziecko jakoś tak “intuicyjnie” czuje się zazdrosne. Nie wiem, czy o żonę mojego byłego męża, czy bardziej może o dziecko, które jest w drodze, a które naturalnie stanowi ostatnio temat nr 1 wszystkich rozmów. Może po prostu powinnam zapytać synka, jak on by wolał? Ale to są jednak na tyle poważne sprawy, że nie możemy zdawać się tylko i wyłącznie na wolę dziecka. W końcu to my jesteśmy dorośli.

Wiem, że Jasiowi bardzo podobały się zeszłoroczne święta u moich rodziców. Z babcią (moją mamą) przygotowywali świąteczne wypieki, z dziadkiem ubierali choinkę. U mnie w domu na wsi jest dosyć tradycyjne, myślę, że to dobre otoczenie dla dziecka. Mały miał wiele radości w poznawaniu zwyczajów świątecznych itp. I ja widziałam radość na jego buzi, oczekiwanie na prezenty itp. To są takie magiczne chwile, które każdy chciałby przeżywać wspólnie ze swoim dzieckiem. Nie dopuszczam myśli, że w tym roku miałabym nie brać w tym udziału razem z Jasiem. Drogie Samotne Mamy, pewnie niejedna z Was jest albo była w podobnej sytuacji. Jestem bardzo ciekawa, co zrobiłybyście na moim miejscu. Jaką formę świąt powinnam wybrać? Pytanie jak w tytule. Każda Wasza opinia będzie dla mnie niezwykle cenna i pomocna.

Pozdrawiam ciepło i życzę wspaniałych, pełnych miłości Świąt!


Monika (l.31), mama Jasia (l.5) 
*imiona bohaterów zostały zmienione

piątek, 16 grudnia 2016

Dziecko - najlepszy prezent pod choinkę

Kochane Samotne Mamy! Zbliżają się Święta - czas miłości, nadziei, wzajemnej życzliwości. Czas, w którym powinniśmy nawzajem obdarzać się ciepłem i dbać o to, by w domach panowała serdeczna i radosna atmosfera. Oczywiście powinniśmy dbać o to nie tylko od święta, ale tak to już jest, że na wiele rzeczy w życiu codziennym brakuje czasu. Chciałabym podzielić się z Wami spostrzeżeniami dotyczącymi tych rzeczy prostych, może najprostszych na świecie, a przez to najcenniejszych. Rzeczy, które zupełnie niechcący mogą nam uciec, które możemy przeoczyć w natłoku codziennych spraw. Te rzeczy są jedyne i niepowtarzalne, a raz przeoczone już nigdy nie powtórzą się w podobnych okolicznościach. Dla każdej mamy jednymi z tych małych, ale najcenniejszych i najbliższych sercu rzeczy są: uśmiech jej dziecka, jego pierwsze kroki i pierwsze słowa, obserwowanie jego rozwoju itp. Pewnie każda z Was wie, co mam na myśli. Pewnie również szczególnie zapamiętujecie te momenty z życia Waszych dzieci. Ja jednak chciałabym również powiedzieć, że ważne jest wspólne cieszenie się z drobiazgów i przeżywanie każdej chwili jak małego święta. Bo chwile dzieciństwa są niepowtarzalne. Nikt nie rodzi się drugi raz dzieckiem, dlatego proszę Was, starajmy się, aby nasze pociechy wyniosły z dzieciństwa wiele pięknych wspomnień, nawet jeśli mają one dotyczyć absolutnie zwyczajnych rzeczy. Mówię o tym właśnie teraz, na niespełna dwa tygodnie przed Bożym Narodzeniem, bo właśnie Święta są szczególnym czasem, kiedy możemy sobie to uzmysłowić. 

Mam na imię Małgosia i jestem mamą siedmioletniej córeczki, Magdy. O tym, że jestem w ciąży dowiedziałam się właśnie na kilka dni przed Wigilią. Ciąża była najpiękniejszym prezentem, jaki mogłam sobie wymarzyć na święta. Oboje z mężem bardzo się cieszyliśmy, że również i w naszej rodzinie pojawi się nowe życie. Tamte Święta były szczególne. Nie jestem może osobą specjalnie religijną, ale wydaje mi się, że to właśnie wtedy zrozumiałam istotę Bożego Narodzenia. To święta, w które rodzi się miłość. W tym roku, jak co roku od czterech lat jestem na Święta sama z córeczką. Niestety, mój mąż zginął w wypadku samochodowym, gdy Madzia była malutka. 

Po śmierci męża długo nie mogłam dojść do siebie. Tym bardziej, że wypadek wydarzył się także w początkach grudnia, więc pierwsze święta bez męża wspominam traumatycznie. A właściwie ich nie wspominam, bo prawie nic z nich nie pamiętam, to była czarna dziura. Ogromna wyrwa w moim uporządkowanym życiu. Bez niego nic już nie było takie samo i długo nie potrafiłam się podnieść, pozbierać do normalnego życia. Myśl o tym jest dla mnie wciąż bardzo trudna, bardzo mi go brakuje. Kiedy trochę się ogarnęłam, pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam, było rzucenie się w wir pracy. Chciałam nie myśleć o traumie, nie tęsknić, zająć się czymś pożytecznym. Pracowałam na pełny etat i jeszcze po godzinach. Madzia miała żłobek, później przedszkole, a na popołudnie wynajętą opiekunkę. Często również w opiece nad małą pomagała moja mama albo siostra. Rano jeszcze pół-śpiącą Madzię odwoziłam do żłobka. Wieczorem, kiedy wracałam do domu, córeczka zwykle od dawna już spała. Moi bliscy zaczęli zarzucać mi, że zaniedbuję dziecko, że byłoby lepiej dla mnie, jeśli poświęcę więcej czasu małej, nawet jeśli mniej zarobię. Ja jednak w pracy szukałam azylu. W domu wszystko kojarzyło mi się z mężem. 

Kochane Samotne Mamy, czy zapamiętałyście ze swojego dzieciństwa obraz prawdziwie rodzinnych, pełnych miłości Świąt? Zapach świątecznych wypieków, aromat pierniczków, tradycyjnego makowca, świątecznych pomarańczy? Barszczu z uszkami i smażonego karpia? Czy macie przed oczyma obraz całej rodziny zgromadzonej przy świątecznym stole? Wspólnego kolędowania? Dziecięcego podniecenia w wyczekiwaniu na prezenty? Pewnie takie Święta zapamiętało z dzieciństwa większość z Nas. U mnie niestety rzecz wyglądała zupełnie inaczej. Moja mama również wychowywała samotnie mnie i siostrę (gdy byłyśmy malutkie, odeszła od ojca alkoholika, słabo go pamiętam). Jako dziecko również nie miałam kontaktu z ojcem. W domu, owszem, nie brakowało miłości. Moja mama to ciepła i mądra kobieta. Chciałabym kiedyś również być taką mamą dla mojej córeczki. No ale możecie sobie wyobrazić, jak jest w niepełnej rodzinie. Kiedy jako dziecko patrzyłam na rówieśników, miałam poczucie, że czegoś mi brakuje. Tym bardziej, że wtedy w domu było raczej dość biednie, na święta nie było raczej żadnych specjalnych rarytasów. Skromnie. Jeśli prezenty, to bardzo symboliczne. Z roku na rok ta sama choinka z nieco starodawnymi ozdobami. Ale nie chodzi mi tu o rzeczy materialne. Przede wszystkim o to, że zawsze marzyłam o prawdziwie rodzinnych świętach. Takich, na które zjechałaby się cała rodzina. Gdzie dom byłby pełen ludzi. Wspólna kolacja i kolędowanie, zupełnie jak na reklamach. 

Opamiętanie z mojego pracoholicznego transu przyszło mniej więcej po roku. Po prostu - zbliżało się kolejne Boże Narodzenie, Nowy Rok, czas podsumowań. I właśnie wtedy to do mnie dotarło. Że omija mnie mnóstwo spraw związanych z rozwojem mojego dziecka. Że uśmiech córeczki widzę tylko w weekendy. Że przez sobotę i niedzielę nie udaje mi się nadrobić całego tygodnia. Że rzadko jadamy wspólne posiłki, rzadko wychodzimy na spacery. Że to nie ja pokazuję jej świat. 

I znowu w Boże Narodzenie wydarzył się kolejny mały cud. Tak sobie to nazywam. Chyba właśnie w tamtym okresie nabrałam odwagi i dojrzałam do w pełni świadomego bycia (samotną) mamą. Ograniczyłam pracę. Najpierw na pół etatu, a z czasem zmieniłam ją na taką, którą mogę w dużej mierze wykonywać zdalnie. Zmiana pracy wiązała się oczywiście z ryzykiem, z obawami. Ale udało się i odzyskałam czas, którym mogłam się wspólnie cieszyć z córeczką. 

Zaczęłam doceniać małe rzeczy. Do mojego domu na Wigilię również nie zjeżdza się cała rodzina, ale przynajmniej staram się wyczarować magiczną atmosferę, którą, mam nadzieję, moja córeczka zapamięta na całe życie. Wspólnie pieczemy i dekorujemy świąteczne pierniczki. Ubieramy razem dużą choinkę. Lepimy uszka, żeby było tradycyjnie. To nie to samo, co kupione w sklepie. W naszym domu już na dwa tygodnie przed świętami rozbrzmiewają kolędy. Uczę córeczkę i śpiewamy razem. Przygotowujemy też nowe dekoracje, np. łańcuchy choinkowe z pasków kolorowego papieru, takie robiło się w dzieciństwie. Dostrzegam piękno i magię tych wszystkich małych rzeczy. Cokolwiek by się nie działo, córeczka jest, była i będzie zawsze najpiękniejszym prezentem, jaki dostałam w życiu. A przecież dostałam ją właśnie od mojego męża. W każde święta czuję, jakby był z nami i dawał mi na nowo tę radość, jaką poczułam wtedy, przed Bożym Narodzeniem, kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży. 

Kochane Samotne Mamy, czy macie jeszcze jakieś wątpliwości, że Święta są szczególnym czasem? 

Małgosia (l.35), mama Magdy (l.7)

wtorek, 6 grudnia 2016

Przesadziłam w byciu idealną mamą

Każda z nas myśli o swoim dziecku, że jest najlepsze, najwspanialsze, jedyne w swoim rodzaju, wyjątkowe. Bo jest nasze. Nie ma w tym nic dziwnego, tak działa matczyna miłość do dziecka. Kłopot pojawia się wtedy, kiedy rzeczywiście chcemy aby nasze dziecko BYŁO IDEALNE i nie dajemy mu prawa nawet do najdrobniejszej porażki. Kiedy chcemy wychować geniusza, który wszędzie i zawsze będzie przed wszystkimi. Drogie Samotne Mamy! Chciałabym podzielić się z Wami moją historią i opowiedzieć o błędach, które popełniłam, abyście nieopatrznie ich nie powtarzały. Samotnie wychowuję córkę Klarę (która ma obecnie 16 lat). Wiem, że gdybym wcześniej wiedziała to wszystko, co wiem teraz, wychowywałabym swoją córkę zupełnie inaczej. Niestety nie da się cofnąć czasu. W byciu “idealną” mamą można również, jak widać - przesadzić.

Klarę od zawsze wychowuję sama, jednak kiedy była malutka, jej ojciec usiłował utrudnić mi opiekę przed córką i wykazać przed sądem, że nie będę umiała się nią zajmować. Finalnie oczywiście sąd przyznał opiekę mnie (z ojcem Klary od lat nie mam kontaktu, nie płaci także alimentów - no ale nie to jest sednem sprawy). Rzecz w tym, że w tamtym okresie, jako bardzo młodej mamie i osobie z natury dumnej i ambitnej bardzo zależało mi na tym, aby wszystkim pokazać i udowodnić, że świetnie sobie poradzę, że zapewnię dziecku doskonałą opiekę, a przede wszystkim edukację i wykształcenie. To był mój konik i moja fiksacja. Oby dziecko miało dobry start w życie, oby się świetnie uczyło, we wszystkim osiągało najlepsze wyniki, oby było chwalone i zawsze pierwsze. Wtedy nikt przecież nie powie, że ma złą matkę. Sądziłam, że jeśli będę wychowywać dziecko na “małego geniusza”, będzie to tylko miarą mojego zaangażowania i miłości do córki. Nie sądziłam, że “przy okazji” odbiorę jej dzieciństwo i spowoduję wiele poważnych problemów. 

Pewnie już, drogie Samotne Mamy, rozumiecie, co chcę powiedzieć. Zbyt wysoko postawiłam poprzeczkę mojemu dziecku, aby zrekompensować sobie to, że wychowuję ją bez ojca. Aby w tym wszystkim udowodnić przed samą sobą, że jestem najlepszą matką. Ciężko się przyznać do własnych błędów, jednak myślę, że będzie mi lżej, jeśli tutaj postaram się o nich anonimowo wypowiedzieć. Od najmłodszych lat byłam dla córki dosyć surowa. Materialnie nie brakowało jej (moim zdaniem) niczego, wręcz przeciwnie. Było mnie stać żeby kupować jej drogie ubrania, zabawki. Ale inwestowałam przede wszystkim w edukację: książki, prywatne lekcje, szkoła muzyczna, pomoce naukowe itp. Dlatego raczej odmawiałam jej przyjemności, rzeczy, które w moim mniemaniu nie były użyteczne i nie służyły rozwojowi. Klara nie chodziła z koleżankami na pizze, ani nie zapraszałą ich do nas na przyjęcia urodzinowe. Uważałam, że to niepotrzebne rozpuszczanie dziecka, że w tym czasie powinna np. pójść na angielski czy poćwiczyć grę na skrzypcach, bo z tego przynajmniej będzie dla niej pożytek. Dziś wyrzucam sobie, że byłam ślepa: moje dziecko od najmłodszych lat nie miało w sumie żadnej bliskiej koleżanki.

Już od najmłodszych lat obarczyłam córkę wieloma obowiązkami. W wieku przedszkolnym chodziła od dwujęzycznego przedszkola z angielskim, na basen i gimnastykę, również jakiś czas na tańce. Była raczej cichym dzieckiem, więc nigdy się przed tym nie buntowała, ale też nie było widać, żeby to specjalnie lubiła, czy cieszyła się tym. Trudno - mówiłam sobie, będzie starsza to doceni, że ma matkę, która potrafi rozsądnie zaplanować jej przyszłość.

W podstawówce Klara chodziła równolegle do szkoły muzycznej i na prywatne lekcje skrzypiec, na angielski oraz hiszpański. W weekendy starałam się zabierać ją na basen albo na konie. Właściwie nie miałą wolnego czasu, bo lekcje w szkole muzycznej kończyły się późnym wieczorem, a nie pozwalałam jej na odpoczynek ani zabawę, póki porządnie nie odrobiła wszystkiego, co jest zadane w szkole. Wydawało mi się, że duża ilość obowiązków to świetny sposób na kształtowanie charakteru. Oczywiście nie muszę dodawać, że moje dziecko z nikim właściwie się nie nie przyjaźniło, po zwyczajnie nia miało na to czasu. 

Wobec mojego dziecka miałam wiele wymagań, którym nie musiały sprostać inne dzieci. Klara musiała uczyć się na średniej ocen powyżej 5, wygrywać olimpiady przedmiotowe (brała udział we wszystkich, jakie były organizowane w jej szkole) i konkursy skrzypcowe, znacznie przewyższać rówieśników poziomem zaawansowania w nauce języka obcego i wiele innych rzeczy. Muszę przyznać, że radziła sobie z tym całkiem dzielnie. Była przyzwyczajona i rzadko się skarżyła. Nie przyszło mi wtedy na myśl, że po prostu zazdrości koleżankom, które mogą swobodnie wyjść na lody albo do kina. Nigdy też nie powiedziałam mojemu dziecku, że jestem z niej dumna.

Problemy zaczęły się po około roku nauki w gimnazjum. Prócz wcześniejszych obowiązków Klara miałą wtedy jeszcze dodatkowe zajęcia z niemieckiego i lekcje rysunku. No i oczywiście była już w takim wieku, że nie musiałam jej na te wszystkie zajęcia odwozić, mogła jeździć sama komunikacją miejską. Pamiętam dzień, w którym odebrałam telefon ze szkoły. Wychowawczyni była prawdziwie zaniepokojona tym, że w ostatnich tygodniach Klara opuściła ponad 60% zajęć. Że nauczycielka ma wątpliwość co do usprawiedliwień przynoszonych przez córkę (oczywiście były podrobione). Że nie stawiłam się na ostatnią wywiadówkę (Klara nic nie wspomniała o organizowanym w szkole zebraniu). To był dopiero wierzchołek który lodowej, którą przez następne miesiące odkrywałam stopniowo. Moja córka wreszcie znalazła sposób, by odreagować. Opuszczała prywatne lekcje, a pieniądze, które jej dawałam zachowywała dla siebie. Znalazła sobie wreszcie koleżanki. Bynajmniej nie takie, jakich bym sobie dla niej życzyła. Przez ponad rok, kiedy miała 14-15 lat, Klara regularnie wagarowałą, sięgałą po alkohol i używki. Przestała ze mną rozmawiać i informować mnie o czymkolwiek. Wytrąciła mi z ręki wszystkie możliwe argumenty. Robiłam jej karczemne awantury, ale prawda jest taka, że nie starałam się jej wcale zrozumieć, tylko zamieść problem pod dywan. Żeby nikt nie domyślił się, że sobie nie radzę. Oczy otwarły mi się dopiero, gdy moje dziecko zniknęło na noc z domu. Rano przyprowadziła ją policja, brudną, wyraźnie pod wpływem alkoholu. Nie muszę chyba nikomu opowiadać o tym co wtedy przeszłam. Obowiązkowy był nadzór kuratoryjny i opieka psychologa. Nie tylko nad Klarą - również nade mną.

Oblałam egzamin na idealną matkę. Wiem to dopiero teraz, kiedy obie z Klarą jesteśmy po rodzinnej terapii u psychologa. Staramy się wyjść na prostą. Ograniczyłam córce liczbę zajęć pozaszkolnych, wybrała tylko te, na których samej jej zależało. Poprawiła oceny. Coraz więcej rozmawiamy. Pozwalam jej zapraszać koleżanki. Wszystko jakoś się układa, ale i tak nie mogę darować sobie, że popełniłam ogromny błąd. Skrzywdziłam moje dziecko. Byłam zbyt surowa i wymagająca, w imię tego, że chciałam udowodnić światu, że jestem idealną matką. Ale dziecko to nie plastelina, którą możemy dowolnie formować według naszych “widzi mi się”. Drogie Samotne Mamy, starajcie się mądrze kochać wasze dzieci i nie popełniać podobnych błędów!

Dominika* (l.41), mama Klary (l.16) 
*imiona bohaterek zostały zmienione

wtorek, 29 listopada 2016

Czy samotnym mamom już nic się od życia nie należy?

Pytanie takie jak w temacie pewnie zadaje sobie wiele z Was. Czy to, że nie ułożyło się nam z ojcem naszych dzieci, to wystarczający powód, żebyśmy do końca życia zostały same i nie mogły próbować szukać szczęścia u boku kogoś innego? Przecież bezdzietne kobiety także zmieniają partnerów, a nikt ich z tego powodu specjalnie nie krytykuje. Wydaje mi się (czy tylko ja tak myślę?) że społeczeństwo patrzy wilkiem na kobietę, która mając dzieci próbuje znaleźć nowego partnera. No bo jak to tak? Skoro ma dzieci, to niech się zajmie nimi, a nie chodzeniem na randki. Jak sobie kogoś znajdzie, to na pewno zaniedba dzieci. Trzeba było myśleć wcześniej, żeby mieć dzieci z odpowiednim człowiekiem itp. Może nikt nie wypowiedział mi nigdy w twarz któregoś z tych zdań, ale wiele osób wyraźnie sugerowało, że mają właśnie takie zdanie. Więc gdy przyznałam się koleżankom z pracy, że założyłam konto na portalu randkowym, były tak zdumione, jakbym im obwieściła, że zostawiam dzieci i wyjeżdżam na rok do dżungli amazońskiej. Czy gdziekolwiek. Koleżanki wzruszyły brwiami i rzeczowo skomentowały: “No ale jak to? Przecież masz dzieci!” 

 Zanim podzielę się swoją historią, przyznam się Wam, Drogie Samotne Mamy, że bardzo lubię tu zaglądać. W wielu historiach opowiadanych przez Samotne Mamy czy tu, czy na forach widzę trochę jakby siebie, a przynajmniej bardzo dobrze rozumiem ich bohaterki. Tak mi się przynajmniej wydaje. Długo nosiłam się z zamiarem, żeby opowiedzieć tu też o swoich doświadczeniach. Nie o to chodzi, że spotkało mnie coś niezwykłego, jakaś historia totalnie różna niż Wasze. Nie no, właśnie moja jest bardzo przeciętna. Ale zawsze to lepiej, jak człowiek się komuś wyżali. Więc jeśli to czytacie, to taki mój mały sukces. Może nawet dostanę jakieś komentarze, będzie mi raźniej, że ktoś to jednak czyta.
Mam na imię Magda i mam 40 lat. Od 4 lat jestem samotną mamą dwójki dzieci: Tomka, ucznia szóstej klasy (13 l.) i Zosi (6 l.), która chodzi do zerówki. Jestem sama, odkąd rozstałam się z byłym mężem, ojcem moich dzieci. Byliśmy małżeństwem przez 10 lat. Klasyczna historia: mojemu mężowi znudziło się zwykłe, domowe życie. Poznał młodszą kobietę (sama byłam do mojego męża starsza dwa lata). Z początku nie orientowałam się, że coś jest nie tak. Pracowaliśmy na pełne etaty, urządzaliśmy dom. Jego dziwne zachowanie, taką jakby niechęć do mnie, zauważyłam już kiedy byłam na urlopie macierzyńskim po narodzinach córeczki. Wtedy myślałam, że to kwestia nieprzespanych nocy, nadmiaru obowiązków, tego, że mąż musi znów przyzwyczaić się do niemowlęcia w domu. Córeczka miała rok, gdy przypadkiem odkryłam, że ma kochankę. Spotykał się z nią kiedy jeszcze byłam w ciąży, we wszystkie te wieczory, kiedy tłumaczył, że musi zostać dłużej w pracy. Kiedy ja z rosnącym brzuchem starałam się samodzielnie wykonywać wszystkie domowe obowiązki. 

W krótkim czasie mój mąż praktycznie całkowicie stracił zainteresowanie moją osobą. Zdradzał mnie również w tak ważnym dla mnie (dla nas!) momencie, jakim była ciąża. No ale ta historia to już przeszłość. Od ponad czterech lat wychowuję dzieci samotnie. Potrzebowałam sporo czasu, aby przetrawić tą całą sytuację. Teraz jednak coraz bardziej doskwiera mi samotność. Oczywiście nie jestem sama, bo mam dzieci. Rodzinę, znajomych. No ale jeśli brakuje tej jednej, wyjątkowej osoby, wszystko inne wydaje się niepełne. Zgadzacie się?

Rzecz w tym, że mój były mąż był dobrym ojcem. Chętnie zajmował się dziećmi, zwłaszcza ze starszym synem miał dobry kontakt. Tomek zapamiętał ojca bardzo pozytywnie, jako towarzysza dziecięcych zabaw i wypraw za miasto. Zosia praktycznie taty nie pamięta, ale to akurat może i lepiej? Pewnie zdziwicie się, dlaczego dzieci nie mają kontaktu z ojcem, skoro potrafił się nimi zajmować? Mój były wyjechał ze swoją nową kobietą za granicę niedługo po naszym rozstaniu. Nie mogę narzekać, regularnie przysyła alimenty. Ale ma nowe życie i nie bywa w Polsce, nie ma więc okazji widzieć się z dziećmi. Dzwoni do nich właściwie już tylko na święta, urodziny itp. 

Syn bardzo źle zniósł nasze rozstanie, bo był z ojcem zżyty. Kiedy zostałam sama, buntował się i dawał mi popalić. Podświadomie winił mnie chyba za to, że ojciec nas zostawił. Potem się uspokoił, pogodził. Nie należał do dzieci, które sprawiają specjalne problemy wychowawcza. Do czasu, aż pół roku temu poznałam R. - mężczyznę, z którym aktualnie próbuję ułożyć sobie życie. 

Syn jest wyraźnie zazdrosny i zły, za każdym razem, gdy spotykam się z R. Nie mówiąc o sytuacjach, gdy bywa u nas w domu. Wtedy Tomek zachowuje się po prostu skandalicznie. Bezczelne, a nawet wulgarne odzywki itp. należą do stałego repertuaru zachowań mojego (dotąd spokojnego) dziecka. Bo skoro “mi się tata nie podobał, to jemu też nie będzie się podobał taki palant” albo “nie będę mu na siłę robić tatusia z obcego gościa”. Przyznam, że odpuszczam i poddaję się, bo nie wiem jak z tym walczyć. R. jest ciepłym i opiekuńczym mężczyzną, sam ma za sobą nieudany związek, ale nie ma dzieci. Do moich odnosi się z życzliwością i troską, próbuje zrozumieć Tomka (choć widzę czasem, że jest tym lekko poirytowany, nigdy jednak nie pokazuje złości). Wiem, że zależy mu na mnie (na nas). Ale z drugiej strony ciężko mi patrzeć, jak mój syn opuszcza się w nauce, wdaje w bójki w szkole, kłamie, wulgarnie się odzywa. Nie tak go wychowałam, ale nie mam też argumentów, żeby na niego wpłynąć. Bo wiem, że jestem tu trochę winna, że on jest po prostu zazdrosny. Boi się, że będę poświęcać mu mniej uwagi. Albo boi się, że znów rozczaruje go ktoś, do kogo się przywiąże. Czy mam odpuścić? Czy próbować wytłumaczyć dzieciom, że mama też ma prawo do szczęścia? A może nie ma? Jak sądzicie? 😊

Magda (40 l.), mama Tomka (13 l.) i Zosi (6 l.)

 (Zachęcamy do dzielenia się z nami swoimi historiami! 
Nasza skrzynka pocztowa to samotnamamadumnamama@gmail.com)

poniedziałek, 21 listopada 2016

Prośba o pomoc

Witam Drogie Mamy chciałabym wam przedstawić moją historie i prosić o rady

W wieku 18 lat zaszłam w ciąże gdy się o niej dowiedziałam to był koniec maja 2015. Ojciec mojego dziecka zdradził mnie w czerwcu, lipcu i w sierpniu również. W sierpniu 2015 r się rozstaliśmy i zostałam ze wszystkim sama. Cały czas dostawałam wiadomości z najgorszymi wyzwiskami i treścią że będzie robił badania bo to nie jego dziecko. Przestał pisać w grudniu 2015 r. Moja córeczka Zosia przyszła na świat 10 lutego 2016 roku i akurat wtedy on napisał jak się czuje jak napisałam że mała jest nas świecie wysłał mi 700 zł, przyjechał po dwóch dniach do szpitala - myślałam że córka zacznie go interesować, owszem interesował się ale tylko kilka dni. Później nie odzywał się przez 5 miesięcy i kazał tylko oddać te pieniądze i napisał że są dla niego ważniejsze niż dziecko. Gdy wrócił po 5 miesiącach do miasta w którym mieszkam zaczął znowu się interesować dzieckiem. Dał mi dwa razy po 100 zł na dziecko i mu je pokazywałam lecz znowu zaczęły się wyzwiska i SMS "Modliłem się żebyś zdechła przy porodzie, ale widocznie za mało" "Oglądaj się za siebie jak idziesz" "Jestem w stanie nawet Cie udusić żeby Ci zabrać małą" i wiele różnych. Tak dla jasności nie ma go wpisanego w akt urodzenia wszędzie w papierach jestem tylko Ja. Mam teraz chłopaka z którym jestem szczęśliwa, poznałam go będąc jeszcze w ciąży i wychowuje moją córkę jak swoje dziecko, ale mój były teraz mi grozi że zrobi wszystko żebym straciła bliską osobę i nie była szczęśliwa. Mówi że przyjdzie do nas do domu i mu pokaże jakieś wiadomości co ja o niczym z nim nie pisałam tylko jak pytał o dziecko. Ostatnio znowu zaczęły się wiadomości o treści wyzwisk i pisania że szkoda że nie zdechłam przy porodzie i że porwie mi dziecko. A co gorsze, napisał pozew do sądu o uznanie ojcostwa i widzenia z dzieckiem. Przez niego wykończam się psychicznie. Drogie Mamusie, co radzicie? 

Ania, l. 18, mama Zosi 

wtorek, 15 listopada 2016

Są tacy, co nigdy nie powinni mieć dzieci..

Myślę za każdym razem, kiedy widzę się z M. - Ojcem mojego sześcioletniego syna. Za każdym razem, czyli dokładnie 4 razy w miesiącu. Kiedy przyprowadzam mu naszego syna i przychodzę po niego w dwa weekendy w miesiącu, na które sąd przyznał mu widzenie i opiekę nad dzieckiem. Zabiera go wówczas do siebie na sobotę i niedzielę, a ja drżę o to, co dzieje się z moim Kubusiem*. Drogie Samotne Mamy! Jeśli to czytacie, pomyślicie sobie pewnie: dlaczego godzę sie zostawiać dziecko u kogoś, do kogo nie mam pełnego zaufania, a jedynie mnóstwo wątpliwości, czy dobrze zajmuje się naszym synem. Żadna odpowiedzialna matka nie powinna zostawiać swojego dziecka w miejscu, ani pod opieką osób, u których nie będzie ono całkiem bezpieczne. Ale sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Czy mojemu dziecku dzieje się krzywda u Ojca? I tak i nie… 

Zacznę od tego, że powiem parę słów o M., moim byłym mężu. Nasze małżeństwo trwało krótko, zaledwie dwa lata. W tym czasie zdążyłam jednak zajść w ciążę i urodzić syna. Z pewnością jest to najlepsza rzecz, jaka spotkała mnie od M. Mój mąż nie był (być może dalej nie jest..?) złym człowiekiem. Ale miał trudne dzieciństwo, zbyt wiele od niego wymagano. Kiedy się poznaliśmy, zaimponował mi swoją ambicją i nieugiętym charakterem. Dopiero, kiedy go bliżej poznałam, zobaczyłam, że ma tendencję do stawiania sobie poprzeczek ponad swoje możliwości i psychicznie bardzo źle znosi presję społeczną. Nakładem własnej pracy, bez niczyjej pomocy skończył dobre studia prawnicze i otworzył kancelarię (dziś prestiżową). Nadmiar pracy rekompensował sobie na coraz to nowe sposoby. Z początku drogimi gadżetami, potem alkoholem. Na końcu arogancją i wyżywaniem się na innych. No i oczywiście innymi kobietami. W niczym nie przypominał już tamtego ambitnego, ale wrażliwego i sympatycznego człowieka, którego poznałam na studiach. Nie muszę chyba dodawać, że cierpiałam na tym ja i nasze dziecko. 

Kiedy zaszłam w ciążę, M. traktował to bardziej jako “trofeum”, kolejny sukces do odhaczenia ze swojej długiej listy rzeczy, których koniecznie musi w życiu dokonać. Kiedy chodziłam z brzuchem, popisywał się mną przed kolegami po fachu (których często do nas zapraszał), snuł dalekie wizje o tym do jakiej szkoły i na jakie studia pośle syna (nawet gdy nie znaliśmy jeszcze płci dziecka!). Tylko że jak jego koledzy od nas wychodzili, jakoś w ogóle przestał zauważać mnie i moje problemy. Nie robił mi może krzywdy, ale był chłodny, obojętny, nie okazywał żadnego zainteresowania ani troski. Nerwowo reagował, gdy o cokolwiek go prosiłam. Nie mówiąc o szczerej rozmowie. Na całe wieczory zamykał się w swoim gabinecie z pracą i kieliszkiem. 

Oczywiście, naiwnie wierzyłam, że to stres spowodowany nadmiarem obowiązków i tym, że być może trochę ciężko mu się odnaleźć w nowej roli ojca, może nie był na nią jeszcze przygotowany (choć moja ciąża nie była wpadką). Sądziłam, że kiedy Kubuś się urodzi, wszystko wróci do normy, a ja będę znów z serdecznym i życzliwym człowiekiem, w którym się zakochałam cztery lata wcześniej. Nic z tych rzeczy jednak nie nastąpiło. Mąż jeszcze bardziej się ode mnie oddalił. Synem zajmował się niechętnie. Zawsze jednak ochoczo chwalił się nim przed gośćmi i znajomymi. Pozował na idealnego męża i ojca. Jak się zapewne domyślacie, nie była to sytuacja, którą można znosić zbyt długo. Rozstaliśmy się po awanturze, w której jawnie przyznał się do zdrady i problemów alkoholowych. Nasz synek miał wówczas niespełna rok. 

Od przeszło pięciu lat wychowuję Kubusia sama. Mam od byłego męża dość spore alimenty. M. ma także prawo do wspomnianych dwóch weekendów z synem w miesiącu. Dlaczego mam wielkie wątpliwości, kiedy odprowadzam mu Kubę? 

M. ma luksusowe mieszkanie, sprzątaczkę, dobry samochód. Dba o rozrywki i przyjemności naszego syna, a także o jego edukację. Dobrze go ubiera, zdrowo karmi itp. Wiem, że w kwestii materialnej ma u ojca świetne warunki, własny pokoik itp. I nawet nie w tym rzecz, że nie chcę, aby Kuba zachłysnął się tym luksusem, że ojciec zbytnio go rozpieszcza. Chociaż to też jest ważne, bo sześciolatek już naprawdę dużo rozumie i dostrzega pewne różnice. Raczej chodzi mi o to, że mój były mąż w ogóle nie kocha naszego syna. Nie dostrzega jego potrzeb emocjonalnych albo je bagatelizuje, tak jak wcześniej bagatelizował moje. Dziecko jest mu potrzebne, żeby się pochwalić przed znajomymi (jaki zdolny, jaki do niego podobny, pewnie pójdzie w jego ślady itp.). Widzę, że syn jest smutny, kiedy od niego wraca - nawet jeśli dostaje nowe zabawki. On sam traktuje naszego syna jak zabawkę, dopełnienie własnego ego. Reaguje opryskliwie na wrażliwość dziecka, stara się na siłę zrobić z niego “twardziela” (którym tak naprawdę sam nie jest..). Mimo sukcesów, jakie ma na koncie, uważam, że nie jest odpowiednim wzorem dla naszego dziecka. A przecież chłopiec będzie dorastał i potrzebował męskiego wzorca. 

Chciałabym w jakiś sposób ograniczyć mu prawa rodzicielskie, ale nie mam do tego żadnych podstaw. Żadnych dowodów, bo przecież dziecku nie dzieje się krzywda. Mam przeczucie (i tak wynika z wypowiedzi mojego synka), że M. w jego obecności sięga także po alkohol. Ale i tego nie jestem w stanie wykazać. Jak mam ograniczyć prawa rodzicielskie człowiekowi, który przecież sam jest prawnikiem i doskonale wie, jak się bronić?? Drogie Samotne Mamy, czy któraś z Was była w podobnej sytuacji? Będę wdzięczna za każde życzliwe słowo z Waszej strony… 


Agnieszka, l. 32, mama Kuby 
*imiona bohaterów zostały zmienione