My na Facebooku ;)

środa, 9 listopada 2016

Jedyny kapitał - dziecko

Dokładnie tak mogę określić swoją sytuację finansową. Bo oprócz 2-letniej córeczki Hani nie mam nic cennego. Nic i nikogo. Wychowuję ją sama, ale nie to jest najgorsze. Dużo bardziej martwię się tym, że nie mam praktycznie żadnego zabezpieczenia finansowego. Żyję z dnia na dzień, od wypłaty do wypłaty. Jeśli nagle wypadłyby mi jakieś większe, nieprzewidziane wypadki, to naprawdę nie wiem, co zrobię. Nie chcę pożyczać od znajomych, bo wiem, że to w żaden sposób nie poprawi mojej sytuacji. Boję się, że wówczas wpadłabym w spiralę długów, a wtedy już nie wiem, skąd wzięłabym na utrzymanie siebie i Hani. Nie piszę tego, żeby się żalić. Pewnie wiele z was, Samotne Mamy, jest w podobnej sytuacji. W końcu jakoś sobie radzę, moje dziecko ma dobrą opiekę, jedzenie, zabawki. Wynajmujemy maleńką, ale przytulną kawalerkę. Hani niczego nie brakuje, teraz, kiedy jest jeszcze malutka. Ale wiem, że za parę lat, kiedy pójdzie do szkoły, będzie wiele rzeczy, które chciałabym jej zapewnić, a nie wiem, czy będę w stanie. Piszę to, bo może kogoś zainspirują moje pomysły na to, jak staram się poprawić domowy budżet. A może ktoś podrzuci mi jakieś własne…?

Ale zacznę od początku, czyli kilka słów o tym, jak w ogóle znalazłam się w obecnej sytuacji. Mam na imię Karolina i mam 25 lat. Zaszłam w ciążę na trzecim roku studiów, które z tego powodu musiałam niestety przerwać. Czy raczej po prostu zrezygnować, bo ta “przerwa” trwa dalej i nie wiem, czy kiedyś do studiów jeszcze wrócę. Już z brzuchem udało mi się jednak obronić licencjat z pedagogiki wczesnoszkolnej. Zanim zaszłam w ciążę, też nie miałam rewelacyjnej sytuacji finansowej. Studiowałam zaocznie, bo rodzice nie mogli sobie pozwolić na to, aby mi pomóc. Utrzymywałam się pracując na kasie w spożywczym. Byłam sama, wynajmowałam pokój po studencku, więc za 1600 zł dało się żyć całkiem przyzwoicie. No i poznałam jego. Nie będę podawać imienia, ani żadnych konkretów, bo po prostu chcę się odciąć od tego człowieka. W każdym razie był biznesmenem, dobrych kilka lat starszym i dobrze sytuowanym finansowo. Poderwał mnie, gdy raz przyszedł do mojego sklepu po papierosy. Rozmowa się od razu kleiła, wiecie jak to jest.. naiwna studentka i elegancki przystojniak w garniturze. Spędziłam z nim kilka fantastycznych miesięcy: randki w drogich restauracjach, piękne prezenty. Byłam zakochana jak kretynka. 

Kiedy okazało się, że jestem w ciąży, sądziłam że się ucieszy, że to przyśpieszy oświadczyny, na które po cichu liczyłam. Jego reakcja przeszłą jednak moje najśmielsze oczekiwania. Zrobił mi awanturę, że próbuję “złapać go” na brzuch, że nie tak się umawialiśmy i w ogóle co ja sobie wyobrażam, że on dla mnie wszystko, a ja mu teraz takie rzeczy.. Że on ma życie poukładane i zbyt zajęty jest, aby zostać ojcem. Nie będę tu wnikać w szczegóły, powiem tylko, że finał tej historii był taki, jak już łatwo się domyślić: oczywiście mnie zostawił. Za kilka dni miał samolot, rzekomo na pół roku leciał do Londynu w interesach. Z tym, że od momentu wylotu nie udało mi się z nim już ani razu skontaktować, ani mailowo, ani telefonicznie. Zmienił numery i adresy. Przed wylotem zostawił mi kopertę z pięcioma tysiącami zł i dopiskiem “zrób z tym, co uważasz”. Oczywiście, wiadomo, jaka sugestia. Mnie jednak te pieniądze uratowały życie w momencie, gdy nie mogłam już pracować. Miałam przynajmniej na wózek, pieluchy, jedzenie dla dziecka. Nie muszę chyba dodawać, że to pierwsze i ostatnie pieniądze jakie dostałam na Hanię od jej ojca. Od tamtej pory minęły dwa lata. Nie odnalazłam go i nie chcę go szukać, choć wiem, że powinien płacić na dziecko. Wtedy na pewno byłoby nam lżej. No, ale jakoś tam sobie radzimy.

Jakoś, czyli jak? Po urodzeniu Hani oczywiście nie wróciłam już do pracy w sklepie. Na szczęście z licencjatem z pedagogiki udało mi się załapać na etat jako opiekunka w żłobku..I ta praca mnie uratowała, bo nie było by mnie stać, żeby opłacić Hani opiekunkę na cały dzień albo żłobek prywatny. W tym, w którym pracuję, atmosfera jest na tyle przyjazna, że mogę zabierać tam małą ze sobą. Oczywiście płacę za żłobek, ale jako pracownik mam sporą zniżkę. Wiem, że nie każdy ma tyle szczęścia.

Po odliczeniu stałych opłat i czynszu na życie zostaje nam około 800 zł. To bardzo niewiele, biorąc pod uwagę to, że mała dość często choruje, szybko wyrasta z ubranek itp. - wiadomo, jak to z małym dzieckiem. Radzę sobie, jak mogę. Odkryłam, że kobiet w sytuacji podobnej do mojej jest w okolicy całkiem sporo. Mam dwie przyjaciółki z osiedla, które mają dzieci w podobnym wieku, co moja Hania. Organizujemy “dyżury” i kiedy jedna z nas musi pilnie coś załatwić, podrzuca dziecko drugiej na godzinkę lub dwie. Mam też “opiekunkę” - studentkę, która mieszka w tym samym bloku. Ona czasami na kilka godzin zostaje z Hanią, ja w zamian za to daję jej korepetycje z angielskiego, czasem coś ugotuję.. Nie byłoby mnie stać, żeby płacić normalną stawkę opiekunki. Podobnie rzecz ma się z ubrankami dla małej. Wspólnie z mamami z osiedla wymieniamy się rzeczami, wzajemnie organizujemy wymiany barterowe, na które przychodzi już coraz więcej mam z okolicy. Zarabiam też na tym, co umiem, czyli daję korepetycje z angielskiego (niestety, nie mam na to zbyt wiele wolnego czasu). Umiem też robić paznokcie, wiec czasem koleżanki przychodzą na manicure, za który dostaję niewielkie kwoty.

Drogie Samotne Mamy! Przede wszystkim chciałabym Wam poradzić to, czego sama się nauczyłam: nie jesteście same, jest wiele kobiet w podobnej sytuacji! Warto się organizować i działać wspólnie! W grupie możemy o wiele więcej, niż w pojedynkę. Po drugie: starajcie się zarabiać na swoich pasjach (tak jak ja na pracy w żłobku, korkach, paznokciach:) - na pewno każda z Was potrafi coś takiego, co spodoba się innym! Wśród moich znajomych mam są takie, które np. robią na drutach, pieką ciasta itp. i zarabiają na tym. Takie rzeczy są o tyle fajne, że z powodzeniem można je robić przy dziecku, w domu i np. promować w sieci. Przy okazji pokażemy światu, że jesteśmy zdolne, zaradne i mamy swoje pasje. Drogie Mamy, jeśli robicie coś takiego, to opiszcie w komentarzach, na pewno będzie to motywujące dla wielu z nas. 

Karolina, l. 25, mama Hani

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz