My na Facebooku ;)

wtorek, 15 listopada 2016

Są tacy, co nigdy nie powinni mieć dzieci..

Myślę za każdym razem, kiedy widzę się z M. - Ojcem mojego sześcioletniego syna. Za każdym razem, czyli dokładnie 4 razy w miesiącu. Kiedy przyprowadzam mu naszego syna i przychodzę po niego w dwa weekendy w miesiącu, na które sąd przyznał mu widzenie i opiekę nad dzieckiem. Zabiera go wówczas do siebie na sobotę i niedzielę, a ja drżę o to, co dzieje się z moim Kubusiem*. Drogie Samotne Mamy! Jeśli to czytacie, pomyślicie sobie pewnie: dlaczego godzę sie zostawiać dziecko u kogoś, do kogo nie mam pełnego zaufania, a jedynie mnóstwo wątpliwości, czy dobrze zajmuje się naszym synem. Żadna odpowiedzialna matka nie powinna zostawiać swojego dziecka w miejscu, ani pod opieką osób, u których nie będzie ono całkiem bezpieczne. Ale sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Czy mojemu dziecku dzieje się krzywda u Ojca? I tak i nie… 

Zacznę od tego, że powiem parę słów o M., moim byłym mężu. Nasze małżeństwo trwało krótko, zaledwie dwa lata. W tym czasie zdążyłam jednak zajść w ciążę i urodzić syna. Z pewnością jest to najlepsza rzecz, jaka spotkała mnie od M. Mój mąż nie był (być może dalej nie jest..?) złym człowiekiem. Ale miał trudne dzieciństwo, zbyt wiele od niego wymagano. Kiedy się poznaliśmy, zaimponował mi swoją ambicją i nieugiętym charakterem. Dopiero, kiedy go bliżej poznałam, zobaczyłam, że ma tendencję do stawiania sobie poprzeczek ponad swoje możliwości i psychicznie bardzo źle znosi presję społeczną. Nakładem własnej pracy, bez niczyjej pomocy skończył dobre studia prawnicze i otworzył kancelarię (dziś prestiżową). Nadmiar pracy rekompensował sobie na coraz to nowe sposoby. Z początku drogimi gadżetami, potem alkoholem. Na końcu arogancją i wyżywaniem się na innych. No i oczywiście innymi kobietami. W niczym nie przypominał już tamtego ambitnego, ale wrażliwego i sympatycznego człowieka, którego poznałam na studiach. Nie muszę chyba dodawać, że cierpiałam na tym ja i nasze dziecko. 

Kiedy zaszłam w ciążę, M. traktował to bardziej jako “trofeum”, kolejny sukces do odhaczenia ze swojej długiej listy rzeczy, których koniecznie musi w życiu dokonać. Kiedy chodziłam z brzuchem, popisywał się mną przed kolegami po fachu (których często do nas zapraszał), snuł dalekie wizje o tym do jakiej szkoły i na jakie studia pośle syna (nawet gdy nie znaliśmy jeszcze płci dziecka!). Tylko że jak jego koledzy od nas wychodzili, jakoś w ogóle przestał zauważać mnie i moje problemy. Nie robił mi może krzywdy, ale był chłodny, obojętny, nie okazywał żadnego zainteresowania ani troski. Nerwowo reagował, gdy o cokolwiek go prosiłam. Nie mówiąc o szczerej rozmowie. Na całe wieczory zamykał się w swoim gabinecie z pracą i kieliszkiem. 

Oczywiście, naiwnie wierzyłam, że to stres spowodowany nadmiarem obowiązków i tym, że być może trochę ciężko mu się odnaleźć w nowej roli ojca, może nie był na nią jeszcze przygotowany (choć moja ciąża nie była wpadką). Sądziłam, że kiedy Kubuś się urodzi, wszystko wróci do normy, a ja będę znów z serdecznym i życzliwym człowiekiem, w którym się zakochałam cztery lata wcześniej. Nic z tych rzeczy jednak nie nastąpiło. Mąż jeszcze bardziej się ode mnie oddalił. Synem zajmował się niechętnie. Zawsze jednak ochoczo chwalił się nim przed gośćmi i znajomymi. Pozował na idealnego męża i ojca. Jak się zapewne domyślacie, nie była to sytuacja, którą można znosić zbyt długo. Rozstaliśmy się po awanturze, w której jawnie przyznał się do zdrady i problemów alkoholowych. Nasz synek miał wówczas niespełna rok. 

Od przeszło pięciu lat wychowuję Kubusia sama. Mam od byłego męża dość spore alimenty. M. ma także prawo do wspomnianych dwóch weekendów z synem w miesiącu. Dlaczego mam wielkie wątpliwości, kiedy odprowadzam mu Kubę? 

M. ma luksusowe mieszkanie, sprzątaczkę, dobry samochód. Dba o rozrywki i przyjemności naszego syna, a także o jego edukację. Dobrze go ubiera, zdrowo karmi itp. Wiem, że w kwestii materialnej ma u ojca świetne warunki, własny pokoik itp. I nawet nie w tym rzecz, że nie chcę, aby Kuba zachłysnął się tym luksusem, że ojciec zbytnio go rozpieszcza. Chociaż to też jest ważne, bo sześciolatek już naprawdę dużo rozumie i dostrzega pewne różnice. Raczej chodzi mi o to, że mój były mąż w ogóle nie kocha naszego syna. Nie dostrzega jego potrzeb emocjonalnych albo je bagatelizuje, tak jak wcześniej bagatelizował moje. Dziecko jest mu potrzebne, żeby się pochwalić przed znajomymi (jaki zdolny, jaki do niego podobny, pewnie pójdzie w jego ślady itp.). Widzę, że syn jest smutny, kiedy od niego wraca - nawet jeśli dostaje nowe zabawki. On sam traktuje naszego syna jak zabawkę, dopełnienie własnego ego. Reaguje opryskliwie na wrażliwość dziecka, stara się na siłę zrobić z niego “twardziela” (którym tak naprawdę sam nie jest..). Mimo sukcesów, jakie ma na koncie, uważam, że nie jest odpowiednim wzorem dla naszego dziecka. A przecież chłopiec będzie dorastał i potrzebował męskiego wzorca. 

Chciałabym w jakiś sposób ograniczyć mu prawa rodzicielskie, ale nie mam do tego żadnych podstaw. Żadnych dowodów, bo przecież dziecku nie dzieje się krzywda. Mam przeczucie (i tak wynika z wypowiedzi mojego synka), że M. w jego obecności sięga także po alkohol. Ale i tego nie jestem w stanie wykazać. Jak mam ograniczyć prawa rodzicielskie człowiekowi, który przecież sam jest prawnikiem i doskonale wie, jak się bronić?? Drogie Samotne Mamy, czy któraś z Was była w podobnej sytuacji? Będę wdzięczna za każde życzliwe słowo z Waszej strony… 


Agnieszka, l. 32, mama Kuby 
*imiona bohaterów zostały zmienione

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz