My na Facebooku ;)

wtorek, 6 grudnia 2016

Przesadziłam w byciu idealną mamą

Każda z nas myśli o swoim dziecku, że jest najlepsze, najwspanialsze, jedyne w swoim rodzaju, wyjątkowe. Bo jest nasze. Nie ma w tym nic dziwnego, tak działa matczyna miłość do dziecka. Kłopot pojawia się wtedy, kiedy rzeczywiście chcemy aby nasze dziecko BYŁO IDEALNE i nie dajemy mu prawa nawet do najdrobniejszej porażki. Kiedy chcemy wychować geniusza, który wszędzie i zawsze będzie przed wszystkimi. Drogie Samotne Mamy! Chciałabym podzielić się z Wami moją historią i opowiedzieć o błędach, które popełniłam, abyście nieopatrznie ich nie powtarzały. Samotnie wychowuję córkę Klarę (która ma obecnie 16 lat). Wiem, że gdybym wcześniej wiedziała to wszystko, co wiem teraz, wychowywałabym swoją córkę zupełnie inaczej. Niestety nie da się cofnąć czasu. W byciu “idealną” mamą można również, jak widać - przesadzić.

Klarę od zawsze wychowuję sama, jednak kiedy była malutka, jej ojciec usiłował utrudnić mi opiekę przed córką i wykazać przed sądem, że nie będę umiała się nią zajmować. Finalnie oczywiście sąd przyznał opiekę mnie (z ojcem Klary od lat nie mam kontaktu, nie płaci także alimentów - no ale nie to jest sednem sprawy). Rzecz w tym, że w tamtym okresie, jako bardzo młodej mamie i osobie z natury dumnej i ambitnej bardzo zależało mi na tym, aby wszystkim pokazać i udowodnić, że świetnie sobie poradzę, że zapewnię dziecku doskonałą opiekę, a przede wszystkim edukację i wykształcenie. To był mój konik i moja fiksacja. Oby dziecko miało dobry start w życie, oby się świetnie uczyło, we wszystkim osiągało najlepsze wyniki, oby było chwalone i zawsze pierwsze. Wtedy nikt przecież nie powie, że ma złą matkę. Sądziłam, że jeśli będę wychowywać dziecko na “małego geniusza”, będzie to tylko miarą mojego zaangażowania i miłości do córki. Nie sądziłam, że “przy okazji” odbiorę jej dzieciństwo i spowoduję wiele poważnych problemów. 

Pewnie już, drogie Samotne Mamy, rozumiecie, co chcę powiedzieć. Zbyt wysoko postawiłam poprzeczkę mojemu dziecku, aby zrekompensować sobie to, że wychowuję ją bez ojca. Aby w tym wszystkim udowodnić przed samą sobą, że jestem najlepszą matką. Ciężko się przyznać do własnych błędów, jednak myślę, że będzie mi lżej, jeśli tutaj postaram się o nich anonimowo wypowiedzieć. Od najmłodszych lat byłam dla córki dosyć surowa. Materialnie nie brakowało jej (moim zdaniem) niczego, wręcz przeciwnie. Było mnie stać żeby kupować jej drogie ubrania, zabawki. Ale inwestowałam przede wszystkim w edukację: książki, prywatne lekcje, szkoła muzyczna, pomoce naukowe itp. Dlatego raczej odmawiałam jej przyjemności, rzeczy, które w moim mniemaniu nie były użyteczne i nie służyły rozwojowi. Klara nie chodziła z koleżankami na pizze, ani nie zapraszałą ich do nas na przyjęcia urodzinowe. Uważałam, że to niepotrzebne rozpuszczanie dziecka, że w tym czasie powinna np. pójść na angielski czy poćwiczyć grę na skrzypcach, bo z tego przynajmniej będzie dla niej pożytek. Dziś wyrzucam sobie, że byłam ślepa: moje dziecko od najmłodszych lat nie miało w sumie żadnej bliskiej koleżanki.

Już od najmłodszych lat obarczyłam córkę wieloma obowiązkami. W wieku przedszkolnym chodziła od dwujęzycznego przedszkola z angielskim, na basen i gimnastykę, również jakiś czas na tańce. Była raczej cichym dzieckiem, więc nigdy się przed tym nie buntowała, ale też nie było widać, żeby to specjalnie lubiła, czy cieszyła się tym. Trudno - mówiłam sobie, będzie starsza to doceni, że ma matkę, która potrafi rozsądnie zaplanować jej przyszłość.

W podstawówce Klara chodziła równolegle do szkoły muzycznej i na prywatne lekcje skrzypiec, na angielski oraz hiszpański. W weekendy starałam się zabierać ją na basen albo na konie. Właściwie nie miałą wolnego czasu, bo lekcje w szkole muzycznej kończyły się późnym wieczorem, a nie pozwalałam jej na odpoczynek ani zabawę, póki porządnie nie odrobiła wszystkiego, co jest zadane w szkole. Wydawało mi się, że duża ilość obowiązków to świetny sposób na kształtowanie charakteru. Oczywiście nie muszę dodawać, że moje dziecko z nikim właściwie się nie nie przyjaźniło, po zwyczajnie nia miało na to czasu. 

Wobec mojego dziecka miałam wiele wymagań, którym nie musiały sprostać inne dzieci. Klara musiała uczyć się na średniej ocen powyżej 5, wygrywać olimpiady przedmiotowe (brała udział we wszystkich, jakie były organizowane w jej szkole) i konkursy skrzypcowe, znacznie przewyższać rówieśników poziomem zaawansowania w nauce języka obcego i wiele innych rzeczy. Muszę przyznać, że radziła sobie z tym całkiem dzielnie. Była przyzwyczajona i rzadko się skarżyła. Nie przyszło mi wtedy na myśl, że po prostu zazdrości koleżankom, które mogą swobodnie wyjść na lody albo do kina. Nigdy też nie powiedziałam mojemu dziecku, że jestem z niej dumna.

Problemy zaczęły się po około roku nauki w gimnazjum. Prócz wcześniejszych obowiązków Klara miałą wtedy jeszcze dodatkowe zajęcia z niemieckiego i lekcje rysunku. No i oczywiście była już w takim wieku, że nie musiałam jej na te wszystkie zajęcia odwozić, mogła jeździć sama komunikacją miejską. Pamiętam dzień, w którym odebrałam telefon ze szkoły. Wychowawczyni była prawdziwie zaniepokojona tym, że w ostatnich tygodniach Klara opuściła ponad 60% zajęć. Że nauczycielka ma wątpliwość co do usprawiedliwień przynoszonych przez córkę (oczywiście były podrobione). Że nie stawiłam się na ostatnią wywiadówkę (Klara nic nie wspomniała o organizowanym w szkole zebraniu). To był dopiero wierzchołek który lodowej, którą przez następne miesiące odkrywałam stopniowo. Moja córka wreszcie znalazła sposób, by odreagować. Opuszczała prywatne lekcje, a pieniądze, które jej dawałam zachowywała dla siebie. Znalazła sobie wreszcie koleżanki. Bynajmniej nie takie, jakich bym sobie dla niej życzyła. Przez ponad rok, kiedy miała 14-15 lat, Klara regularnie wagarowałą, sięgałą po alkohol i używki. Przestała ze mną rozmawiać i informować mnie o czymkolwiek. Wytrąciła mi z ręki wszystkie możliwe argumenty. Robiłam jej karczemne awantury, ale prawda jest taka, że nie starałam się jej wcale zrozumieć, tylko zamieść problem pod dywan. Żeby nikt nie domyślił się, że sobie nie radzę. Oczy otwarły mi się dopiero, gdy moje dziecko zniknęło na noc z domu. Rano przyprowadziła ją policja, brudną, wyraźnie pod wpływem alkoholu. Nie muszę chyba nikomu opowiadać o tym co wtedy przeszłam. Obowiązkowy był nadzór kuratoryjny i opieka psychologa. Nie tylko nad Klarą - również nade mną.

Oblałam egzamin na idealną matkę. Wiem to dopiero teraz, kiedy obie z Klarą jesteśmy po rodzinnej terapii u psychologa. Staramy się wyjść na prostą. Ograniczyłam córce liczbę zajęć pozaszkolnych, wybrała tylko te, na których samej jej zależało. Poprawiła oceny. Coraz więcej rozmawiamy. Pozwalam jej zapraszać koleżanki. Wszystko jakoś się układa, ale i tak nie mogę darować sobie, że popełniłam ogromny błąd. Skrzywdziłam moje dziecko. Byłam zbyt surowa i wymagająca, w imię tego, że chciałam udowodnić światu, że jestem idealną matką. Ale dziecko to nie plastelina, którą możemy dowolnie formować według naszych “widzi mi się”. Drogie Samotne Mamy, starajcie się mądrze kochać wasze dzieci i nie popełniać podobnych błędów!

Dominika* (l.41), mama Klary (l.16) 
*imiona bohaterek zostały zmienione

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz